Obligacje korporacyjne: Uważaj, co kupujesz!

Obligacje korporacyjne to nic innego jak emisje dłużnych papierów wartościowych przez prywatne podmioty, które chcą pozyskać z rynku pieniądze na rozwój, inwestycje lub prace badawczo-rozwojowe. Aby jednak z sukcesem inwestować w tego typu instrumenty, należy pamiętać o kilku podstawowych zasadach.

Przede wszystkim nie wierzmy w opinie, że inwestycja w obligacje korporacyjne jest pozbawiona ryzyka. To nieprawda. W pesymistycznym wariancie, gdy firma ogłasza bankructwo, a tym samym nie wypłaca ani kuponów (cykliczna wypłata odsetek z obligacji w wysokości ustalonego oprocentowania nominalnego), ani nie dokonuje wykupu na koniec okresu - tracimy 100 proc. zainwestowanego kapitału. To najgorszy dla inwestora scenariusz.

Reklama

Tego typu zdarzenia są stosunkowo rzadko spotykane, ale nie powinno się ich bagatelizować i zapominać, że ryzyko inwestycji jednak istnieje. Odsetek firm, które upadają albo nie wykupują obligacji, waha się w zależności od wielkości przedsiębiorstwa, branży lub momentu cyklu koniunkturalnego w gospodarce. W 2017 r. firmy nie wykupiły obligacji korporacyjnych o wartości 194,8 mln zł. To 2,1 proc. wartości wszystkich wygasających w ub.r. papierów dłużnych (za portalem obligacje.pl, który oblicza indeks niewykupionych papierów dłużnych, tzw. default rate na rynku Catalyst). W 2016 r. było to natomiast 92,2 mln zł, czyli 3,6 proc. całkowitego zadłużenia notowanego na rynku Catalyst (powstały 30 września 2009 roku system autoryzacji i obrotu dłużnymi instrumentami finansowymi).

To zaś świadczy o tym, że kupując obligacje korporacyjne decydujemy się na ryzyko straty całości lub części zainwestowanego kapitału. Nie ma też zasady, że duże firmy nie upadają, a małe i średnie już tak, chociaż bez wątpienia problem bankructwa w znacznie większym stopniu dotyczy firm mniejszych. Można przyjąć, że im mniejsza spółka, tym większe ryzyko.

Skąd jednak wiadomo, że inwestycja w dane obligacje nie będzie obarczona skrajnie wysokim ryzykiem? Pewności nie możemy mieć nigdy. Mamy jednak szansę ocenić stopień ryzyka w miarę prosty sposób. Przede wszystkim warto spojrzeń na wysokość kuponu, czyli odsetek wypłacanych od kapitału (obligacji). Czym jest on wyższy, tym wyższe ryzyko. Warto porównać oprocentowanie dla danej serii obligacji z papierami dłużnymi emitowanymi przez inne firmy z danej branży i średniej dla rynku.

Warto także pamiętać, że polski rynek obligacji korporacyjnych jest stosunkowo młody (rynek Catalyst, na którym mogą być notowane papiery dłużne powstałe w 2009 r.). Wciąż się rozwija zarówno pod względem liczby emitentów, wielkości emisji, jak i regulacji oraz nadzoru. Stąd nawet najbardziej wnikliwa analiza nie gwarantuje tego, że nie trafimy na spółkę, która upadnie. Czy to oznacza, że powinniśmy ten rynek omijać? Niekoniecznie, ale zamiast bez zastanowienia zapisywać się na kolejne emisje, warto podejść do tego ostrożnie.

Zwróćmy uwagę na oprocentowanie - to pierwszy sygnał wskazujący na ryzyko danej inwestycji. Im wyższe oprocentowanie, tym wyższe ryzyko. Dzieje się tak z kilku powodów. Może to być ryzykowna branża, np. biotechnologia lub medycyna innowacyjna. Mogą to być także ryzykowne cele, na które emitent zbiera pieniądze, jak prace badawczo-rozwojowe, które nie gwarantują sukcesu, nowy lek, który nie musi działać, nowa technologia, która nie przyjmie się na rynku. To zaś oznacza, że projekt zakończy się porażką, w każdym z powyższych przykładów, i tym samym - często przełoży się na istotne pogorszenie sytuacji finansowej firmy, a nierzadko - jej bankructwa. Warto także sprawdzić, jak spółka wygląda w "liczbach", tj. przejrzeć jej bilans i przepływy pieniężne. Należy zwrócić uwagę na zadłużenie i jego stosunek do przychodów i zysków, czy wynik finansowy w danym roku nie jest wypadkową jednorazowych zdarzeń losowych, czy jest powtarzalny i rośnie na przestrzeni lat.

Przyglądamy się warunkom emisji, głównie ryzyku, które emitent sam dostrzega. Cel, na który mają być pozyskane pieniądze też jest ważny.

Przede wszystkim jednak nie dajmy się skusić na ponadprzeciętne zyski, rzędu 10 proc. rocznie. Przy tak wysokim poziomie oprocentowania, ryzyko straty całości zainwestowanego kapitału jest bardzo duże. Wystarczy odpowiedzieć sobie na pytanie: co skłania emitenta do tak wysokiego oprocentowania, jeśli rynkowa stopa zwrotu nie przekracza 1,5-2 proc. ponad stopę referencyjną NBP, która wynosi obecnie 1,5 proc.

Sprawdzamy zatem bilans i przepływy pieniężne, ryzyka zawarte w warunkach emisji - szukamy czegoś, co może nie pasować do całości. Być może projekt jest bardzo skomplikowany i ryzykowny, możliwe, że firma nie generuje przychodów, albo jej poziom zadłużenia znacznie przekracza rynkowe poziomy.

Nie bez znaczenia jest także branża, w której działa firma. Warto pamiętać, że obligatariusze (osoby, które kupiły obligacje, a tym samym, zgodziły się pożyczyć pieniądze emitentowi) są praktycznie na początku listy do zaspokojenia roszczeń, w przypadku gdyby doszło do bankructwa przedsiębiorstwa. Jeśli jednak firma działa w oparciu o brak środków trwałych, nie ma maszyn, nieruchomości, itp. - wtedy roszczenia nie mogą być najczęściej uwzględnione. Po prostu, brakuje majątku, z którego można by spłacić wierzycieli.

W praktyce jeśli dojdzie do upadku emitenta, to prowadzone jest postępowanie upadłościowe ogólne. Majątek jest spieniężany, a z tak powstałej masy upadłościowej wierzyciele są "spłacani". Oczywiście o ile wystarczy na to środków. Obowiązuje jednak zasada pierwszeństwa. Najpierw zaspokojenie należności obejmie koszty postępowania, należności ze stosunku pracy, podatki i daniny publiczne. Dopiero po tym pieniądze mogą odzyskać obligatariusze (chyba, że były to obligacje zabezpieczone, wtedy podział majątku dla posiadaczy obligacji rozdzielany jest w ramach postępowania odrębnego, a wskazane w zabezpieczeniu przedmioty, np. flota czy nieruchomości - tworzy oddzielną masę upadłościową). Jeśli jednak firma nie posiada majątku, to roszczenia też nie mogą być zaspokojone.

Kd

Reklama

Najlepsze tematy

Partnerzy